Jakie to ciekawe, że w życiu można się na wszystkim zawieść. Dajmy na przykład świetnie zapowiadającą się książkę, albo początek długo oczekiwanej płyty. Wszystko jest dobrze, ale tylko do którejś kartki, albo któregoś utworu.
 Tak samo jest z ludźmi. Spotykasz ich, wydają ci się interesujący, niesamowici, wręcz mogą być dla ciebie przykładem.
 A po dłuższym przebywaniu myślisz sobie ‘Boże, co to za kretyn/kretynka” (i bynajmniej nie chodzi tu, o chorobę uszkodzenia tarczycy). „Dłuższe przebywanie” jest rzeczą względną. Raz są to 3 spotkania, a raz kilka długich lat.
 Ostatnio na fejsbuku pisałam swoje wynurzenia pod tytułem ‘nie chce mieć znajomych w ogóle, niż mieć wielu fałszywych’.
Lud się dziwił, a ja się upierałam.
 Teraz wiem, że wypada to sprecyzować do instytucji przyjaciela. Mieć, a nie mieć.
 Znajomych można posiadać całe, dzikie tłumy, są potrzebni – żeby wyjść razem i dobrze się bawić, napić się, czy pogadać, o tym, co się dzieje dookoła. Tak zwane: żeby nie oszaleć.
 Nie obrażajcie się, ale tak jest. Wzajemne zależności nie czynią z nas wszystkich przyjaciół.
 I z częścią nawet bym nie chciała osiągnąć takiego stanu.
Śmiejecie się, że jestem pamiętliwa zołza. No co mam poradzić. True.
 Jednak wiem, że dla przyjaciół chcę jak najlepiej, nawet kosztem innych.

A tak poza tym : szczęśliwego nowego 2010.

 

.Underworld – Born Slippy