dumle blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 10.2008

    Marky Mark jak wino

    4 komentarzy

    To wszytko, co teraz napiszę, będzie tak naprawdę wyłącznie tłem, do zakończenia notki. Bo przecież nie napisze tekstu, o tym, o czym tak na serio bym chciała, bo przecież za chwile posypią się znowu oskarżenia i nawoływania, że wytaczam jakieś ciężkie działa przeciw wszystkim tym, którzy zaszli mi jakoś za skórę. Ale serio – nie martwi mnie to. Dlatego niech teraz na scenę wjedzie tło i dekoracja:

    Po dwóch dniach nieustającej imprezy, przygody i śmiechu, przyszedł czas na zmęczenie. Jakoś nie potrafię wejść już, w ten tryb balangowania cały weekend non stop, a później przejść szybko do porządku dziennego i wstać o 7:30 do pracy.
    Dlatego po niezwykle męczącym WBW (szczególnie dla Marcina) postanowiliśmy wycofać się na parę chwil, w ciemne kąty sali kinowej.
    Boże! Kiedy ja ostatni raz byłam w kinie? W zeszłym roku chyba to było. Trzecia część pana „Ołszon”.
     W sumie kino kojarzy mi się niezbyt dobrze. Poza tym, to szmirę mogę sobie włączyć na DVD, albo jednym przyciskiem na pilocie, a to nie o to chyba chodzi.
    Pierwszym i ostatnim pomysłem było wybranie się na Maxa Payna. Dlaczego? Bo kiedyś się namiętnie grywało w MP na pececie, bo podobno film dobrze się przyjął na zachodzie i po trzecie, bo gra w nim Marky Mark – dla mniej zorientowanych Mark Wahlberg.
    I w tym tkwi sedno całej tej notki, mimo, że jest ona bez większego sensu – Marky Mark jest jak wino – im starszy tym lepszy.
    Z nastoletniego łamacza, młodych serc, piszczących licznie do plakatu z Bravo zmienił się w naprawdę fajną dupę.
    Sorry za te kolokwialne i prostackie stwierdzenie, ale sama nie mogę się nadziwić tej przemianie. Marky jako podlotek w bandamie, z rozpiętą, jeansową kamizelką przywołuje mi na myśl, lata wczesnej młodości. Te hiciory, te teledyski, postery na całą ścianę. Ot co – klimat moich lat 90′tych.
    I teraz też, w sumie, zapisze mi się w głowie obraz, który za ileś tam lat przywołam z myślą: hmm 2008 rok, Max Payne – Mark Wahlberg =  FACET.
    I ogólniej mówiąc, to też bym chciała poster na ścianie, żebym miała do czego piszczeć. A tak na serio, to fajnie było iść na całkiem niezły film, z niezłym aktorem, niezłą muzyką i niezłym klimatem.
    Podobieństwo filmowego Maxa do tego z gry jest uderzające. Ujęcia i kolorystyka, to samo. Oglądasz, a masz wrażenie, jakbyś grał. I nie zgodzę się z tym, że wersja kinowa nie oddaje tego wszystkiego, co gra.
    Fakt, nie jest to arcydzieło, które można by było nagrdzić Złotą Palmą, ale obraz jest naprawdę dobry i wart polecenia.
    Ja, nawet przy swoim ADHD usiedziałam w miejscu, nie nudząc się wcale.
    Dlatego polecę go tym, którzy grywali w MP i tym, których poczucie estetyki jest wyższe niż u przeciętnej osoby. Bo i możecie popatrzeć na zajebistego Maxa i rozkładającą na łopatki, męską część sali (ale może i nie tylko) – Monę.

    I kończąc swoje bzdury, bo wiem, że się już zaplątałam w tym co chciałam przekazać.

    Teraz na scenę wbiegają głowni aktorzy:

    Z tego miejsca, pozdrawiam wszystkich Grono-skautów i interneto-skautów, którzy bacznie śledzą wszystkie nasze wpisy na forach, gronach, notki na blogach itd. Zalecam Wam: Zacznijcie żyć, swoim życiem. To nie boli.

    Zapada kurtyna.
    Klaszczą nieliczni, ‚klaska’ wielu.

    .Dela – Vibrate feat. Blu

    .Abstrakcja

    1 komentarz

    Ostatnio zamieściłam taki śmieszny (wg. mojego prywatnego odczucia, tudzieć subiektywnej opinii) obrazek. Pod nim napisałam, że dopadła mnie abstrakcja i że jutro wyjaśnię dlaczego. Ale to jutro przeciągneło się do paru dni. Chyba pojęcie czasu, albo raczej pojęcie „jutra” wydłużyło mi się. O ile? To zalezy od potrzeby. W stosunku do relacji z koncertu Necro było to 5 dni, a jeżeli patrząc na informację patronacką, to już ponad tydzień.
    Staram się ogarnąć i zacząć wszystko liczyć w minutach, a nie w odstępach w jakich przyjeżdza autobus, czy w jakich przemieszczam się z domu do pracy, z pracy do domu, z domu do biblioteki, z biblioteki na piwo, z piwa do komputera, od komputera do komputera, [ostatnio tego punktu nie ma], czy z uczelni na impreze, a z imprezy w głęboki, nocno-autobusowy sen.
    Dodatkowo stwierdzam, że „dzisiaj”, się skraca. Skraca się do tego stopnia, że z niczym się nie wyrabiam, a jak już nawet odnajdę chwilę na wyrobienie się, to popadam w kolejny niekontrolowany sen, albo ogólne zniechęcenie do działania.
    Wynikać to może z tego, co dzieje się dookoła mnie. Ogólnie, to w tle dzieje się za dużo. Zbyt wiele osób, informacji, a raczej tego szybko przewijającego się tła.
    Bo czym są cienie z przeszłości i przyszłości (hmm zbyt patetycznie to zabrzmiało)? Chyba niczym specjalnym, ale zawsze czymś, co może zburzyć, lub nadszarpnąć Twój poukładany (chociaż, to za duże słowo) świat.
    No i oczywiście nieustannie przewijający się temat hipokryzji. Tak, tak – kiedyś już o tym pisałam. Wtedy świat wydawał mi się bardziej czarno-biały. Teraz też mi się w sumie taki wydaje, ale może nie aż tak bardzo jak kiedyś.
    Czym kierują się ludzie, którzy tak radykalnie zmieniają zdanie (które dodajmy, wcześniej bronili jak przysłowiowe lwice swoich młodych)? Co musi urodzić się w głowie , żeby robić coś totalnie innego niż się ogółowi mówi?
    Ja wiem, że tylko krowa nie zmienia zdania. Dlatego mogę być taką trochę-krową. Fakt, ja też miałam zagrania na hipokrytkę. Ale czym jest zmienieni zdania, o człowieku w kategoriach koleżeńskich, a czym jest odbudowanie kontaków, po serii chorych i niezrozumiałych sytuacji, kłamstw i intryg?
    Trochę mnie to boli, mimo, że życzę większości jak najlepiej.
    Ale z butami to mi się proszę już w życie nie wpierdalać.
    A poza tym co? Będę lepić z modeliny, bo to uspokaja. Dlatego też hejże ho, po modeline by się szło.
    Naszło mnie na Łonę, bo cudowny chłopaczyna jest. Po koncercie z The Pimps, chyba w końcu zrozumiałam, że nie wszystko, co jest polskim rapem, jest takie beznadziejne.

    I znowu powraca też:
    .The Shape of Broad Mind – Electric Blue.

    .Mu!

    2 komentarzy

    Dzisiaj wzięło mnie na abstrakcję.

    dawaj hajsy!

    A dlaczego? Wyjaśnię jutro.

    .The Foreign Exchange – Daykeeper (feat. Muhsinah)

    .63 dni chwały

    1 komentarz


    Bez zbędnego patosu, gadania i łez. Zawsze w sercach. Posłuchajcie, bo warto.
     


    Lao Che – Koniec


    • RSS