dumle blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 5.2007

    Sobota godzina 15.
    Już po egzaminie. Jestem przekonana, że ustny mnie nie ominie, chyba, że jakimś cudem, spłynie na mój test błogosławieństwo i nagle pojawi się tam kilka dodatkowych odpowiedzi, dających mi potrzebne jak woda do życia, punkty.
    Musieliśmy opić tą niezwykle interesującą porażkę piwem, szkoda tylko, że było tak piekielnie gorąco. Już od 9 godzin na nogach, a to dopiero początek tego, trwającego około 48 h dnia.
    Siedzę w wannie pełnej zimnej wody i próbuje dojść do siebie – te upały mnie wykańczają.
    Nie wiem, czemu mój organizm nie potrafi przeżyć nawet 10 minutowej jazdy autobusem. Po każdej, takiej wycieczce tracę na chwile kontakt z otoczeniem.
    Może powinnam przerzucić się na rower?
    Patrzę na zegarek. Zostało mało czasu. Zbieram się do wyjścia.
    W autobusie pełno rozśpiewanych legionistów. Dworzec centralny. Wruzia z Ćwikłą już czekają, teraz tylko zostało nam znaleźć w pociągu Sadka, który jak się okazało bacznie pilnował, aby nikt nie wsiadł z nami do przedziału. Akcja wrzucania bagaży przez okno, jeszcze chwila i oto jedziemy sobie wygodnie, bez tłumu, hałasu i piwa.
    Teraz, z perspektywy czasu, myślę, że nie kupienie piwa na drogę, to był największy błąd, jaki mogłam popełnić na tamtą chwilę.
    A dlaczego zapytacie. Otóż tym razem Wruzia domyślając się, jakie mam samopoczucie zmówiła się na mnie i razem z Sadkiem postanowili mnie upić. Szkoda, że nic o tym nie wiedziałam.
    Na początku zaczęło się grzecznie. Wypiłam trochę piwa, ale co, jak co, też to było nierozsądne, ponieważ pusta butelka posłużyła im do rozwinięcia akcji pijak
    Z plecaka Sadka wyłoniła się 2 litrowa butelka Sprite’a, ale Spritem to na pewno nie było. Smakowe! Ale czuć było dodatek alkoholu. Łącznie chyba wlałam w siebie jakieś 0,6 tego ustrojstwa. Jak mi uświadomili co tam jest zmieszane to było już za późno.
    Średnio się po tym siedziało i kontaktowało, ale humor nam dopisywał niezmiernie.
    Gdzie my jesteśmy? To już chyba Łódź. Tylko, jaka to stacja?

    Margolcia: To na pewno nie jest Łódź Fabryczna!
    Pomocny menel: To na pewno jest Łódz Fabryczna!

    Szybko wyskoczyliśmy z pociągu. Czekający na nas Jerzy miał minę, jakby spotkał bandę warszawskich, zawianych bejuchów. L jak Łódź moi drodzy, L jak Łódź!
    Ale przynajmniej kebab był smaczny :> pan menel też dawał radę.
    Dalsze wydarzenia potoczyły się dość przewidywalnie. Na Piotrkowskiej piwo, w Łodzi Kaliskiej piwo, w drodze na Pomorską piwo, w drodze na Lumumby piwo, na Juwenaliach piwa [liczne!], w drodze powrotnej na Pomorską piwo.
    Ale wszystko po kolei.
    Na głównej ulicy Łodzi poczułam się jak na naszym Nowym Świecie. Jakoś tak bardzo podobnie, niesamowite wrażenie. Siedząc tam chwile spotkaliśmy więcej przyjezdnych z naszej wiochy, ale skład ekipy nie zmienił się. Idąc w stronę nocnego słyszeliśmy jakieś break beaty. Zdziwiło mnie to, ponieważ wcześniej z tego samego mieszkania leciał DJ Shadow- Organ Donor. Chwila zastanowienia i w bardzo dyskretny sposób zaczęliśmy krzyczeć:
    -Xoooooool! Xoooooool!, ale nas nie słyszał. Bboyowe imprezy faktycznie są nie do przeoczenia.
    Na Pomorskiej zabalowaliśmy tylko chwile, bo już było w miarę późno, a niedługo miał się zacząć koncert NBN.
    Na miejscu okazało się jednak, że opóźnienia to nie tylko w Warszawie istnieją i musieliśmy się zadowolić nikłą przyjemnością, jaką był koncert Tedeusza. Choć patrząc po radości, jaką sprawiał Wruzi mój zapał w krzyczeniu tekstu Bezeli, czy Ona jest Szmatą, nie było wcale tak źle.
    Dzięki temu, że Sadek robił nam miejsce, mogłyśmy zacząć odstawiać dzikie densy, bounsy i takie inne. Dzięki czemu pozyskałyśmy spory fanclub wśród obecnych w naszej okolicy panów.
    I wreszcie! Zaczęło się długo oczekiwane koncerciwo Naughty by Nature.
    Naprawdę dali czadu. Oprócz swoich kawałków w tym sztandarowego Hip Hop Horray , przy którym de facto najlepiej się doginało, zagrali utwory KRS One, Biggiego itp.
    Szaleństwo trwało i trwało. Aż żal było sobie iść. Roztańczyłyśmy się do tego stopnia, że chciałyśmy iść na afterparty do Blu, ale niestety nie wypaliło.
    Kolejnym etapem naszego 48 dnia było zwiedzenie budowy jakiegoś kompleksu szpitalno-klinicznego, czy coś w tym rodzaju. 15 piętrowy budynek? Ogromna przestrzeń, wszystko najnowocześniejsze i jednocześnie zarośnięte trawą i krzakami, bo przecież nie ma pieniędzy na wykończenie.
    Tam usiedliśmy sobie w spokoju.
    Jedna rozmowa, długa cisza, pewne argumenty, wnioski, zdania, długa cisza, decyzje. Decyzje, które zrozumiałam i przyjęłam za słuszne dopiero po 4 godzinach od ich usłyszenia.
    Sadek przerywa rozmowę. Niedługo mamy pociąg, a jeszcze kawałek do przejścia.
    Nagle. Coś zaczęło piszczeć. Pieprzony alarm się włączył. No to bierzemy nogi za pas. Jakoś po 3 minutach nastała głucha cisza. Daliśmy sobie spokój z uciekaniem. Ale to by nie było normalne, gdyby wszystko zakończyło się tylko na tym. Włączył się drugi alarm no i poszło.
    Jerzy tak nas sprytnie poprowadził, że na naszej drodze pojawiła się 50 metrowa skarpa, mokra trawa po kolana. Udało mu się zbiec, mi niekoniecznie, a Wruzi to już w szczególności.
    Zjazd na tyłku w białych spodenkach był mistrzowski ;] ja skończyłam tylko ze szramą na udzie, kilkoma siniakami i ręką poparzoną przez pokrzywę ;] aha! Ucierpiało tez piwo Jerzego, które mu niefartownie wybiłam z ręki.
    Tak, to podchodziło pod to upragnione, nastolatkowe szaleństwo, które miałam zrobić do końca maja, ale ..ale myśle, że to jeszcze nie to, że musze zrobić jeszcze coś głupszego.
    A co dalej? Dalej to już była tylko cisza…

    Niedziela godzina 8 rano. Dworzec Centralny. Żegnamy się w atmosferze zaspania, lekkiego kaca i zmęczenia. Spanie w pociągu nie należy do najwygodniejszych na świecie i takie tez nie było.
    Szybki powrót do domu, prawie pustym autobusem. Słabo mi. Gorączka uderza przez nagrzane okna.
    W domu próbuje się ogarnąć, ale spać jakoś nie mogę. Zbieram się powoli na uczelnie.
    Tam jest jeszcze goręcej. Miejsce przy oknie niewiele mi daje.
    Wyczekuje na koniec. Nareszcie.
    Szybkim krokiem udaje się w stronę Jana Pawła. Tam czeka na mnie Iza. Idziemy po piwko – dzisiaj delikatnie, tylko jakieś dla smaku mmm zielone jabłko. To może być smaczne.
    W mieszkaniu jest Natalia. Siedzimy, opowiadam, popijamy piwo, śmiejemy się.
    Iza widząc braki w puszkach wyciąga Sprite’a [o nie! Znowu on!] i zaczyna sporządzać mikstury. Martini Bianco. Mniam.
    Po pozostawieniu nas przez Natalie na pastwę losu postanowiłam wtajemniczyć Izu w fenomen ‘Włatców Móch’. Uśmiałyśmy się do łez. Muzełum, Pierfsza komónia, Andżelika – czysty klasyk gatunku.
    Czas płynął i płynął, butelka się opróżniała coraz bardziej. Po 21 zadzwoniła moja siostra przekazując mi wiadomość przykrą, a zarazem taką, z którą zdążyłam się oswoić przez 1,5 miesiąca.
    Zrobiło mi się smutno i samotnie. Musiałam się z kimś podzielić tą przykrą wiadomością. Padło na niego. I cieszę się, że akurat potrafiłam się przełamać i odezwać z tak prywatną sprawą. Telefon zadzwonił. Rozmawialiśmy 15 minut. Bardzo dużo ta rozmowa mi dała i uświadomiła.
    Do domu dotarłam na chwile przed północą. W końcu w okolicach pierwszej położyłam się spać. Nareszcie chwila snu.. po dwóch dniach bezsenności.

    Zbawienie…

    Poniedziałek godzina 17.
    Mieszanie przy Jana Pawła. Razem z ekipą Pomyłek prowadzimy debatę na temat instytucji byłego faceta. W pewnym momencie zgadujemy się na temat pewnego pana, który był poniekąd naszym wspólnym. I wiecie, co? Faceci to najkrnąbrniejsze stworzenia na świecie.
    Jak bardzo trzeba być wyrachowanym, żeby zabierać na pierwszą randkę dwie różne dziewczyny w to samo miejsce, mówić im te same bzdury itd. itp.?
    Nie pojmuje tego, nawet jako przedstawicielka bardzo specyficznej grupy kobiet, która nazywana jest złośliwymi małpami.
    Chyba jednak przerzucę się na kobiety. Iza mnie przecież Kocha, więc daleko nie będę musiała szukać ;*

    Piwo…

    PS: Wieczorem wrzucę fotki z Łodzi :>

    .Naughty by Nature – Hip Hop Horray! / KRS One – Sound of Da Police

    Tak, musze się przyznać, że w zeszłym tygodniu pierwszy raz zajadałam się świeżymi truskawkami, nie żadnymi mrożonkami, czy suszonkami albo made in china – prawdziwe, polskie, czerwoniutkie, słodziutkie i cholernie drogie.
    Z miseczką truskawek przyszły też pierwsze problemy. Senność, niemoc w zapanowaniu nad swoimi emocjami, a przede wszystkim nad złością i brakiem zrozumienia.
    Biedny Jerzy poczuł na własnej skórze moje drugie ja.
    Tak cholernie chciałabym potrafić rozgraniczyć pozytywne i negatywne emocje, ale bywają dni, że choć bardzo by się chciało, to się nie da.
    Dlatego też, chcąc coś naprawić, a może sprawdzić na ile potrafię pojmować słowo empatia pojechałam do Łodzi.
    Gdzie mogłam, [choć jak się okazuje nie do końca]odetchnąć od wszystkiego, co warszawskie, trudne i zbyt zabiegane, aby czerpać z życia najdrobniejsze chwile.
    Zadziwia mnie ta różnica światów, bo przejechałam tylko 130 km, a okazuje się, że w dużym mieście można żyć powoli, nie goniąc za niczym, oddychając pełną piersią.
    Tylko zbyt prasko w tej Łodzi jest.
    Jak się okazuje, powrotu też są trudne. Szczególnie te do rzeczywistości i swoistej samotności.
    W erze telefonów komórkowych, internetu i innych zbytków, emocji i uczuć nie da się tak łatwo okazać i pielęgnować.
    Zrozumieć też się nie da.
    Wczoraj idąc, już warszawskim Powiślem myślałam sobie, że chyba nie podołam tej sesji. Mijałam znajome okolice, budynek Salsa Libre – tu nastąpił dyskretny uśmiech, stare budynki przy Jaracza i w pewnym momencie nieziemsko zapachniało mi cukierkami pudrowymi.
    Wiecie, takimi kolorowymi, brudzącymi jak wapno, obrzydliwie słodkimi, przeważnie dostępnymi w kształcie serduszek. Takimi, którymi w dzieciństwie psuło się sobie ząbki.
    I doszło do mnie, że najbardziej teraz tęsknie do lat wczesnej młodości, do beztroski, braku obowiązków i większych problemów. Ganianiu po placu zabaw, bawienia się lalkami, wymyślania najróżniejszych historii i postaci, w które później się wcielało. Za tym dziecinnym aktorstwem chyba najbardziej.
    Teraz chciałabym wcielić się w rolę Grabowskiej, projektującej w skupieniu swoje piękne ubrania. Ta cisza i spokój chyba przeważają w udzieleniu takiej a nie innej odpowiedzi na to twierdzenie.
    Tak, zapewne.. Powiśle pachnie cukierkami pudrowymi.
    Kontynuując wątek dnia wczorajszego, zajął mnie niezwykle, dialog z moją szefową:

    Sz: Anielka czy Amelka? Jak ona miała?
    M: Anielka, to była Anielka.
    Sz: Ach no tak! Hmm straszne! To było straszne.
    …chwila ciszy…
    Sz: A Łyska z pokładu Idy czytałaś?
    M: Tak… ale to było chyba we wczesnej podstawówce..?
    Sz: No tak, tak!
    M radośnie kręci głową
    Sz: Przecież ja to jakąś traumę przez to miałam! Ta historia tego konia i tego człowieka!
    Przerażające prawda?

    Zaiste. Przerażające, że tak bardzo wypacza się małoletnim mózgi tego typu lekturami. A później, kiedy dorosną, siedzą w pracy i w trakcie wolnej chwili, piszą o swoich chorych myślach, tak jak to czynie ja. A później inne spaczone umysły to czytają i jeszcze komentują…
    Sugestii brak.

    Ha! Mam Was! :)

    .Cannibal Ox – The F Word (RJD2 Remix)

    ps: A co do serialu, to odcinki są w trakcie kręcenia :> wiecie, scenarzysta namieszał i sam nie wie, co ma dopisać dalej.

    Jakoś tak wczoraj i dzisiaj (rzecz jasna), wstając do pracy naszła mnie pewna refleksja. Że stało się to dwa razy, to stwierdziłam, że warto się tym podzielić z całą resztą świata, którą coś obchodzę.
    Tak, więc wykonując te wszystkie czynności przez chwilę wydawało mi się, że patrzę na siebie z boku. Tak jakbym obserwowała kogoś innego, albo oglądała jakiś film, serial.
    Coś alla Małgosia D. tylko, że w tej serii więcej dzieje się na rzeczy niż fikcyjnie.
    Przez myśl, przeszło mi, że przyszła monotonia. Ale to nie to.
    U mnie nawet codzienna droga do łazienki, czy mycie zębów potrafi przybrać zaskakujący obrót, więc, o jakiej monotonii tu mowa.
    Może mój mózg nie nadąża nad tym wszystkim, co się dzieje i otrzymuje obraz dopiero po jakimś czasie, albo właśnie tak jak mówie: z boku.
    Z innej strony, fajnie jest się przyglądać samej sobie.
    Patrzeć jak Małgorzata biegnie trzymając w jednej dłoni kanapkę, a w drugiej suszarkę. Albo jak prostuje włosy gapiąc się w okno, lub telewizor popadając przy tym w ciężką konsternację, przez którą zapomina o całym bożym świecie i przypala sobie np. ucho.
    Trochę to takie zabawne.
    Nurtuje mnie strasznie, co będzie w następnym odcinku. A Was?
    Myślę, że idąc za obecnym trendem streszczania wszelakich możliwych programów telewizyjnych w kilku, konkretnych zdaniach uczynię to samo i powiem Wam, co mniej więcej będzie się dziać.
    Otóż dziś przyjeżdża taki Jeden. Najprędzej wolny wieczór [kosztem treningu] poświęcę właśnie jemu.
    Może jakaś wizyta w Scenie lub bardziej oklepanym Harlemie.
    Jutro zaś pół dnia spędzę na uczelni, a następne pół na skakaniu pod sceną i kibicowaniu chłopakom z VaFun Coollo podczas Warsaw Challange 07′ [tak, tak to już jutro. Pamiętajcie park Sowińskiego na Woli!].
    A niedziela? Niedziela pozostanie zagadką, ale tylko połowiczną, bo wiadomo, że kampus będzie grany. Wiadomo też, że w niedzielę popołudniu lub wieczorem zrobi się trochę smutno… ale nie ma co od razu najgorszego zakładać.
    A teraz już kończę ten skrót i pisać też już skończę, bo już za 50 minut minie tydzień ciężkiej pracy :> więc trzeba jeszcze coś produktywnego uczynić.

    A żeby nie było, że całkowicie zamuliłam, to specjalnie dla Was przedstawiam dwie, nowe wersje mojego bloga. Tak, żeby i inni na świecie mogli czytać :> :

    .Arabian
    .Russian

    Have Fun!

    .The Away Team – On The Line Ft. Joe Scudda, Chaundon & Rapper Big Pooh

    A miało być tak spokojnie, a miałam tak solidnie wypocząć, a co teraz z tego mam? Ha!
    Musze odpoczywać po wolnym weekendzie, bo moja kondycja, po tygodniu imprezowania mocno podupada. Do czego to już doszło, kurde!
    Wydaje mi się, że coś się zmieniło, zmienia, zmieni.
    Może na chwilę, albo na stałe.
    A może nie tak. Właściwie to już jest ślad inności. Zostanie na zawsze, bo przecież czasu się nie da cofnąć.
    To jest takie.. hm. Nie wiem sama jakie.
    Z jednej strony zajebiście motywujące i dające radość, z drugiej troche bolesne.
    Pewnie się zapytacie o przyczynę moich rozmyślań.
    A przyczyna jest realna, bardziej realna niż jeszcze jakieś 3 tygodnie temu.
    Niesamowite jest życie w swojej zmienności. Przewrotach akcji, przypadkowych ‚szansach’ od losu.
    W ludziach i emocjach, które nimi się wypełnia.
    Ale dosyć tego rozmyślania!
    Czas wracać do bejowej opowieści o majówce – majówce pełnej przygód, śmiesznych sytuacji i niespodziewanych zdazen.
    Musze stwierdzić, że pobiłam wszelkie rekordy w liczbie odbytych imprez z dnia na dzien :D. Koncert AlboAlbo w New Deep, niedzielny Harlem z VFC, poniedziałkowa wizyta w Ząbkach, picie piwa w obrębie Nowego Światu, nocna wycieczka na Bielany [z lekkim uszczerbkiem na zdrowiu ;*], wtorkowy bboy Jam i koncert Kero One, środowy i piątkowy Harlem.
    Zabawa w sumie, nieustannie trwała tydzien, a finałem był krwotok z nosa. Zmęczenie. Wiem, że przegiełam. Dlatego już powoli staram się ogarnąć i po wczorajszej, wieczornej rozmowie przez telefon dochodzę do wniosku, że czas powiedzieć STOP! pewnym sprawom i rzeczom.
    Tak będzie lepiej. Dla mnie, dla innych.
    Wiem Kochani, że ta notka jest bardziej chaotyczna niż moja fryzura na dwa dni przed zmianą.
    Echh. Zmiany, zmiany, zmiany.
    Czekam z utęsknieniem na piątek… i dalej niech się dzieje co chce.

    .Massive Attack – What Your Soul Sings


    • RSS