dumle blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 6.2004

    W sobotę razem z Kudłatą byłam na połowinkach „Zamojskiego” w klubie „Balsam” na Mokotowie. Jak można się domyśleć sama nazwa klubu wprawiła nas w świetny nastrój jednak sama impreza nie była najciekawszą w mojej skromnej karierze balang tego typu. Prawie półtorej godziny chodziłyśmy w poszukiwaniu sklepu, bo komuś zachciało się jeść i pić…..
    Sam klub ogólnie wyglądał jakby decydującym elementem przyjęcia ludzi do pracy w nim stanowił warunek przyniesienia jakiegoś mebla z domu (i ten „kozioł” szkolny przy barze zamiast stołka…). Najciekawszym pomieszczeniem była.. łazienka pomalowana na czerwono z podświetlaną muszlą :D, taki swoisty „pokój zwierzeń”.
    Co do muzy… trzech DJ-ów. Pierwszy grał mieszankę hip-hopu, rapu, soul, r&b- bardzo fajne kawałki Usher, N.E.R.D., M.o.r.w.a, Tedunio, drugi coś na styl clubingu nawet nieźle mu to wychodziło, jednak chwilami przynudzał, a to trzecim szkoda gadać.
    Wszystko byłoby spoko gdyby nie fakt, że na ów imprezie pojawił się człowiek z mojego liceum.. łeeee, jeszcze komuś powie gdzie ja się szwendam.
    Ogólnie było dobrze…. biorąc pod uwagę kolesia, który zachowywał się jak narąbany krasnoludek i drugi, który udawał jaskółkę… Polecam Wam klub Balsam, jeżeli chcecie się zanudzić….. albo idźcie tam ze znajomymi wtedy będzie ciekawie.

    Podobasię szablonik? Tak, czy nie, jak wchodzi, jakieś zarzuty? Mówcie, może poprawię :D

    Sobota 5 czerwca 2003

    Ostatnio otrzymałam wiadomość o spotkaniu starej klasy na Placu Zamkowym.
    Stwierdziłam, że raczej pójdę. Ostatecznie wyruszyłyśmy z Quatro o 15.
    W autobusie spotkałyśmy Pink. Razem z nią i Kamilem pojechałyśmy na Wileniak. Obeszłyśmy wszystkie sklepy (byłyśmy w Cropp Town i znalazłam kilka ładnych rzeczy, po które na pewno wrócę). Około 16.40 zobaczyłam, że dzwonił do mnie Forrest, ale jak to ja nigdy nie mam nic na karcie a telefonu i tak nie słyszę jak jest w torebce). Po konsultacji z Natką doszłyśmy do wniosku, że nie jedziemy, bo jest z nimi Jan, a jego nie mam ochoty oglądać. Na przejściu dla pieszych Natalia odebrała telefon i powiedziała, ze jesteśmy w…… „Muzie” na Chmielnej- uwierzyli, a nawet stwierdzili, że jadą tam. Natomiast my dojechałyśmy do „ratusza” i metrem udałyśmy się do Mac’a (tam spotkałam kilka osób ze szkoły). Panowie, z którymi umówiłyśmy się dzwonili, a my w najlepsze zajadałyśmy się shakem o smaku tiramisu.
    Około 17 zdecydowałyśmy się iść do Empiku. Tam Quatro odebrała kolejny telefon i powiedziała, że nigdzie nie przyjedziemy, skłamała jednak, bo wpadłam na świetny pomysł zajechania autobusem od ul. Miodowej i obejście bocznymi ulicami głównego rynku. I jak na złość wypatrzyłam ich w odległości 250 metrów. Schowałyśmy się za filarem. Pierwszym, którego zobaczyłyśmy był Jan i Forrest. Poszłyśmy na barbakan. Ja mając wielkiego farta znowu ich zobaczyłam, ale nie byli już tak blisko. Usiadłam na murku, a Natka na ławce i niestety chyba nas zauważyli. Oczywiście nawiałyśmy, ale tym razem już z zamiarem powrotu do domu. Stanęłyśmy przy schodach i patrzyłyśmy na kolesia, który tańczył break’a. I wtedy po raz kolejny wypatrzyłyśmy Jana, a on nas jak się nam zdawało. Szybko zeszłyśmy na przystanek i… po kilku minutach po drugiej stronie pojawił się Cezary…. (nie skomentuję tego) i jakimś dziwnym przypadkiem zobaczył nas…. głupio wyszło, ale przynajmniej miałyśmy ubaw.

    Ech… widziałam niedawno w księdze gości, że pewne „bananowe dziecko” czeka na mój komentarz dotyczące finału konkursu Eurowizji, który odbył się w Stambule 15 maja.
    Cóż….. poziom, jaki był reprezentowany w skali 0 do 10 nie zmieścił się nawet w najniższej granicy. Kicz, plastic and sweet stiupid boys and girls, mówią same za siebie. Nie brakowało tam panienek w stylu Old Brit, i Szaki oraz męsko-niemęskich panów alla’ Ricki Martin i …i może nie podam przykładu, bo to może ośmieszyć ^-^ pewną warstwę społeczną charakteryzująca się częstymi (ostatnio) manifestacjami i znaczkiem z tęczą.
    Jak już zauważyłam nie było jakiś rewelacji. Główną uwagę nie zwracały piosenki, tylko głupkowaty wygląd, czy układ choreograficzny, a do piosenek wracając przy 90 procentach miałam wrażenie, że już to kiedyś słyszałam, nie zależnie czy to tekst, czy muzyka, po prostu istniało nie łudzące wrażenie, że ktoś przerobił inny znany utwór.
    Muszę przyznać, że było kilku artystów, którzy jakoś zwrócili moją uwagę. Na przykład (niby)pan z Bośni i Hercegowiny nazwany po siostrzanemu „Kogucikiem”.
    Ujął mnie swoim bardzo trendy- stylem tj. różową prześwitującą bluzeczką, jasnymi obcisłymi blue jeansami i brylantową bransoletką na nadgarstku, fryzura w stylu Backstreet Boys.
    Jak to w telewizji musi być! ułożono mu cos na pozór wydającego się tańcem godowym, układ choreograficzny z tancerkami (podkreślam, z kim, ponieważ pan z Macedonii przypominający Prince’a dostał resztki w postaci panów, a układ taneczny był podobny ^-^ do tego, który miał „Kogucik”).
    Głównym atutem była piosenka, a w szczególności jej tekst: „One, two, three, four, open down, here go!” przy którym bardzo się wyginał na wszystkie strony.
    Koleżanka za wschodniej granicy wystylizowana na Avrill przy swoim anorektycznym tańcu umazała się farbą, którą pokryci byli towarzyszący jej tancerze. Wyglądała jakby krwawiła.
    Może już nie jadąc po tych biednych „wyjcach” powiem, co było znośne: Irlandczyk i jego super gra na gitarze, Turcja- z czymś alla punk, hip-hop, Red Hotci i Limp Bizkit, Ukraina i ich kozackie stroje (Wild dance- wszystko pasowało do tekstu).
    A nasze rodzime kaczory mogą się schować!!! „Ja wiedziałam, że tak będzie” przecież 100 razy lepiej poradziłaby sobie Goya, Kasia Klich, Marcin Rozynek, o Sistars nie wspomnę, bo doszłyśmy do wniosku, że one reprezentują światowy poziom, a reszta im do pięt nawet nie dosięga. Tak, więc Górniak i Wiśniew górą- respekt, albo „rescepta” jakby to powiedział Ali G, a Blue Cafe niech przygrywa w rodzimym kraju zbierając pieniądze na porządne ciuchy dla Tatiany i zatrudnienie jakiegoś dobrego stylisty!


    • RSS